
Punktem wyjścia jest projekt senacki z 18 lutego 2026 r. (druk 638) zgłoszony przez senatorów Koalicji Obywatelskiej, który gruntownie przebudowuje administrację wyborczą po wyborach prezydenckich 2025 r. W uzasadnieniu jako pretekst wskazuje się liczne protesty oraz nieprawidłowości przy wydawaniu kart i liczeniu głosów, co – zdaniem projektodawców – miało podważyć zaufanie obywateli do państwa.
W tle znajduje się jednak zasadnicza zmiana filozofii organizacji wyborów: odejście od modelu, w którym kluczowe kompetencje kadrowe i organizacyjne spoczywają przy ministrze właściwym do spraw administracji (MSWiA) i samorządach, a wzmocnienie roli Ministra Sprawiedliwości, polityka bezpośrednio zależnego od aktualnej większości rządowej. Projekt przewiduje m.in.:
- przeniesienie kompetencji nominacyjnych dotyczących komisarzy wyborczych z MSWiA na Ministra Sprawiedliwości;
- ograniczenie kręgu kandydatów na komisarzy wyłącznie do sędziów oraz zmniejszenie ich liczby ze 100 do 49;
- natychmiastowe wygaszenie kadencji wszystkich obecnych komisarzy i urzędników wyborczych, mimo że Kodeks wyborczy przewiduje kadencję 5-letnią;
- głębokie przetasowanie struktur administracji wyborczej w bardzo krótkim – około miesięcznym – vacatio legis.
Z punktu widzenia standardów państwa prawa i zasad prawa wyborczego to rozwiązanie kontrowersyjne na kilku poziomach.
- Upolitycznienie organizatora wyborów
Minister Sprawiedliwości jest czynnym politykiem, obsadzanym i odwoływanym w trybie stricte politycznym, a jego resort jest z natury rzeczy miejscem sporu o prokuraturę, sądy, odpowiedzialność karną przedstawicieli poprzedniej władzy i inne kwestie o najwyższym ładunku partyjnym. Przekazanie mu roli „głównego kadrowego” administracji wyborczej oznacza w praktyce, że aparat, który odpowiada za przygotowanie i przeprowadzenie głosowania, trafia pod sterowność jednego obozu politycznego, i to w resorcie, który sam często jest stroną sporów dotyczących praworządności. - Nagła wymiana całego aparatu wyborczego
Projekt zakłada wygaszenie mandatów wszystkich komisarzy i urzędników wyborczych jedną ustawą, co de facto pozwala na „czystkę kadrową” w miesiąc. Taki zabieg:
- narusza zaufanie do stabilności kadencyjności gwarantowanej dotąd przez Kodeks wyborczy;
- otwiera drogę do obsadzania stanowisk wyłącznie osobami akceptowanymi politycznie przez Ministra Sprawiedliwości;
- może być odebrany jako próba prewencyjnego zabezpieczenia się przed niewygodnymi urzędnikami w kontekście kolejnych wyborów.
- Konflikt z zasadą stabilności prawa wyborczego
Prawo wyborcze – w orzecznictwie TK oraz rekomendacjach międzynarodowych – powinno być stabilne, a istotne zmiany zasad i organizacji nie powinny być dokonywane krótko przed wyborami. Tymczasem projekt dokonuje radykalnej zmiany architektury administracji wyborczej i czyni to w czasie, gdy równolegle Sejm proceduje własną nowelizację w tej samej materii, dotyczącą m.in. nowych funkcji w strukturze wyborczej i obsługi Centralnego Rejestru Wyborców. Dwa konkurencyjne procesy legislacyjne w kluczowej dziedzinie tworzą chaos nie do pogodzenia z zasadą pewności prawa. - Ryzyka dla niezależności sędziów
Ograniczenie funkcji komisarza wyborczego wyłącznie do sędziów na pierwszy rzut oka może wyglądać jak „odpolitycznienie”, ale w połączeniu z podporządkowaniem ich powoływania Ministrowi Sprawiedliwości tworzy model, w którym sędzia pełniący ważną funkcję wyborczą awansuje lub jest odwoływany decyzją polityka. To stoi w sprzeczności z ideą, że sędziowie mają być wolni od zewnętrznej presji, w tym kadrowej, ze strony władzy wykonawczej. - Osłabienie realnej roli PKW
Choć projekt formalnie pozostawia Państwową Komisję Wyborczą jako konstytucyjną centralną władzę nadzorczą, w praktyce przesuwa realne centrum decyzyjne na poziom ministra, który:
- będzie miał wpływ na dobór osób organizujących wybory w terenie;
- otrzyma instrumenty teleinformatyczne i administracyjne związane z obsługą wyborów, w tym powiązane z Centralnym Rejestrem Wyborców, który już wcześniej budził zastrzeżenia co do przejrzystości i społecznej kontroli.
Rzecznik Praw Obywatelskich już przy poprzednich zmianach kodeksu ostrzegał, że ograniczanie jawności rejestrów wyborców oraz przenoszenie ciężaru kontroli z poziomu gmin na centralne systemy, obsługiwane przez administrację rządową, osłabia społeczną kontrolę nad procesem wyborczym. Zestawienie tego z obecnym projektem – wzmacniającym rolę jednego politycznego ministra – zwielokrotnia te obawy.
- Polityczna odpowiedzialność Donalda Tuska
Choć formalnie projekt jest senacki, odpowiada za niego większość tworzona przez Koalicję Obywatelską, kluczowego koalicjanta premiera Donalda Tuska. Oznacza to, że polityczne konsekwencje tej reformy – zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym (ocena standardów wyborczych, praworządności) – będą wprost przypisywane obecnemu obozowi rządzącemu i samemu premierowi. Jeżeli Minister Sprawiedliwości stanie się „organizatorem wyborów” w sensie kadrowym i administracyjnym, każde podejrzenie nadużycia czy stronniczości w organizacji głosowania zostanie automatycznie skojarzone z centrum rządu. - Konsekwencje praktyczne dla samorządów i wyborców
Reforma uderza również w dotychczasowy model współpracy samorządów z administracją wyborczą: część zadań i odpowiedzialności zostaje przesunięta w stronę scentralizowanych struktur pod kontrolą ministra. Może to oznaczać:
- zmniejszenie autonomii lokalnego aparatu wyborczego (komisarzy, urzędników, obwodowych komisji) wobec centralnej władzy;
- utrudnienia organizacyjne przy szybkiej wymianie kadr, z ryzykiem chaosu przy najbliższych wyborach;
- wzrost liczby protestów wyborczych, jeśli obywatele uznają, że aparat – zbudowany przez ministra jednej opcji – nie zapewnia równych szans wszystkim uczestnikom gry politycznej.
Podsumowanie polityczne
Senatorowie związani z Panem Donaldem Tuskiem, proponując przekazanie kluczowej roli w organizacji wyborów Ministrowi Sprawiedliwości, biorą na siebie odpowiedzialność za bezprecedensowe upolitycznienie administracji wyborczej, gwałtowne przerwanie kadencji całego dotychczasowego aparatu i osłabienie roli PKW oraz samorządów. W praktyce oznacza to, że rządzący chcą stać się nie tylko uczestnikiem gry wyborczej, ale także jej organizatorem – co w świetle europejskich standardów demokratycznych jest rozwiązaniem skrajnie ryzykownym dla zaufania obywateli do uczciwości głosowania.
